A tak to się zaczęło...



Nasze szycie chwilowo stoi, bo czekamy na materiały... Czekamy i czekamy. Codziennie na spacerze napadam na listonosza i nic. Już nawet nie muszę mówić pod jaki adres. Jak mnie widzi to z daleka krzyczy, że nic nie ma :(  Mam nadzieję, że dziś wreszcie mile mnie zaskoczy:) Bo pomysłów w głowie mamy mnóstwo...i chcemy szyć!!!

Postanowiłam zatem dzisiaj napisać trochę o nas.

Poznałyśmy się w szkole rodzenia. Traf chciał, że zajęłyśmy miejsca obok siebie. Na zajęciach nie było czasu na pogawędki, wiec szkołę opuściłyśmy wymieniwszy jedynie adresy mailowe. Potem jeszcze przed porodem wysłałyśmy sobie kilka maili, dotyczących KTG, wizyt u lekarza, wagi naszych maluszków:)

Pamiętam dzień jak urodził się O. Myłam wtedy balkon, był 20 marzec, piękna pogoda... Biegałam sobie spokojnie z mopem po balkonie (bo ja w ciąży nie umiałam się oszczędzać), kiedy dostałam smsa, że O pojawił się na świecie. Nie znałam jeszcze dobrze mojej LuLajkowej mamy, ale i tak miałam łzy w oczach. W końcu o 12.47 na świecie pojawiło się nowe życie. Wyszło z brzuszka, na który tyle razy patrzyłam:)

Tak swoją drogą umawiałyśmy się w szkole rodzenia, że na siebie zaczekamy:) I urodzimy razem! Ale nie ma tak dobrze. O to w końcu prawdziwy mały mężczyzna. Przetarł szlak pierwszy:) Chciał poznać ten świat, zanim pojawi się na nim H. Chciał żeby czuła się bezpieczniej...

Tego samego dnia miałam jechać do szpitala na KTG. W drodze do szpitala dostałam zdjęcie O. Oczywiście wykapany tatuś:) Podczas badania cały czas wypytywałam położne jak LuLajkowa mama przetrwała poród, czy oboje są zdrowi? Dowiedziałam się, że poród zaczął się normalnie, ale dla dobra mamy i maluszka zakończył się cesarskim cięciem. I całe szczęście bo O był okręcony pępowiną. Strasznie chciałam ich zobaczyć... ale wiem było za wcześnie. Ba! Ja nawet dobrze nie znałam tej rodzinki:)

Za 10 dni przyszła kolej na nas. W południe odeszły mi wody, zjedliśmy obiad, wzięłam prysznic i pojechaliśmy do szpitala. Skurczy brak, rozwarcia też. W sumie nie działo się nic. Dostałam trzy kroplówki, po których zcięło mnie z nóg. I tak o 19.05 przyszła na świat H. Urodziłam sama, ale mino że poród był szybki to nie łatwy. Jednak najważniejszy był finał:) Na świecie pojawiło się moje piękne, prawie cztero kilogramowe szczęście...

Wracając do naszej LuLajkowej historii... Po narodzinach maluchów długo była cisza. Czasem próbowałyśmy się umówić, ale jak nie pogoda, to katar, karmienie, drzemka... I tak na zmianę. W końcu jednak się udało. Nasz pierwszy spacer. Pierwsza dłuższa rozmowa na żywo. Pierwszy widok dzieciaków. O oczywiście od małego był bardziej aktywny, H cały pierwszy wspólny trzygodzinny spacer przespała. Zawsze miała na dworze melodię do spania;)

Najpierw spacerowałyśmy, potem siedziałyśmy w parku na ławce. Przez trzy godziny nie zamykały nam się buzie. Już wtedy wiedziałam, że LuLajkowa mama zagości w moim życiu na dłużej. Nie wiedziałam tylko, że stanie się kimś tak ważnymJ

Potem były kolejne spotkania. Od marzeń do ich realizacji... Okazało się, że mimo, iż jesteśmy od siebie tak bardzo różne to mamy te same marzenia :)  I postanowiłyśmy to wykorzystać. Jedna mama ma większe serce do szycia a druga do pisania. Jedna lubi ponarzekać a druga odgania wszystkie złe myśli. Jedna jako mama synka ma bardziej męskie a druga jako mama córeczki bardziej damskie pomysły:) Postanowiłyśmy więc te nasze dwa różne spojrzenia połączyć w jedno… i tak powstała LuLajka. 

Oczywiście naszą motywacją, inspiracją i nadzieją są nasze dzieci. To dzięki nim i dla nich...:)

To właśnie nasza historia. W najbardziej skróconej wersji. Wiele szczegółów musiałam pominąć, bo mogłoby skończyć się powieścią:)

A tak przy okazji nie tylko LuLajkowe mamy się świetnie dogadują. Zobaczcie sami jak H i O razem poznają świat. Tu na naszym wczorajszym spacerze:)
 


 Haniu daj rączkę!



Teraz razem będziemy poznawać świat!



 Ty sobie śpij a ja będę Cię pilnował;)



 A teraz będziemy się bujać! Wysoko, aż do samych chmur:)